Zima w średniowiecznym Gdańsku

Ostatnie opady śniegu znów rozgrzały emocje: jednych cieszy bajkowa aura i zabawy na dworze, innych irytują zaspy, ślizgawica i kłopoty z komunikacją. A jak wyglądała zima w średniowiecznym Gdańsku?

Ostatnie opady śniegu i nieodpuszczający mróz wywołały wiele emocji. Z jednej strony, biała zima oznacza możliwość zabawy na zewnątrz i bajkową atmosferę. Z drugiej zaś utrudnioną komunikację i nieodśnieżone chodniki. Jak wyglądała zima w Gdańsku w średniowieczu?

Że tutaj, w Gdańsku, zwykle porządnie mrozi i sypie śniegiem, nie powinno dziwić, jeśli zważyć położenie i warunki tego miejsca. O wiele bardziej można się jednak zdumieć, gdy ujawni się rzecz przeciwna, a i to nieraz się zdarzało, jak wynika z poniższego zapisu.

Reinhold Curicke, Der Stadt Danzig Historische Beschreibung, Amsterdam, Gdańsk 1686 r.

Zajrzymy do słynnego dzieła Reinholda Curickego. Reinhold Curicke (1610–1667) był gdańskim prawnikiem i sekretarzem Rady Miejskiej, który, dzięki dostępowi do miejskiego archiwum, stworzył w latach 1638–1642 najobszerniejsze wówczas opracowanie dziejów miasta: czterotomowy Historyczny opis miasta Gdańska (Der Stadt Dantzigk historische Beschreibung). Dzieło ujęte w cztery części prowadzi czytelnika od rozważań o nazwie i początkach Gdańska, przez okres panowania królów polskich, po sprawy ustroju, prawa, topografii, zabytków oraz burzliwe wydarzenia polityczne, gospodarcze i religijne. Jeden z rozdziałów poświęcony jest zimie i nosi tytuł O śniegu, lodzie, mrozie i surowej, jak też łagodnej zimie w Gdańsku.

Zamarznięty Bałtyk…

Mała epoka lodowcowa to nazwa długiego okresu ochłodzenia klimatu na półkuli północnej, który zaczął się pod koniec średniowiecza (najczęściej wskazuje się XIV wiek) i trwał aż do XIX stulecia. Nie oznaczała „nowej epoki lodowej” w sensie zlodowacenia kontynentów, tylko częstsze i dłuższe zimy oraz większą zmienność pogody: chłodniejsze lata, późniejsze wiosny, mokre sezony i powracające fale mrozów. W średniowieczu i później przekładało się to na gorsze zbiory, drożyznę i lokalne klęski głodu, a także na codzienność ludzi: utrudnioną żeglugę i handel, zamarzające rzeki oraz problemy z aprowizacją w miastach.

Curicke zanotował kilka przypadków zamarzniętego morza:

W roku 1426 była zima tak twarda i niezwykła, że z Gdańska przez Prusy można było jechać po lodzie morskim aż do Lubeki.

W roku 1459, w grudniu, zaczęło tak tęgo mrozić i nastała taka sroga zimnica, jakiej próżno szukać w kronikach: chodzono i jeżdżono po lodzie z Gdańska aż do Helu, a z wieży kościelnej w Helu nie można było dalej dostrzec ani zauważyć wody, tylko sam lód; i ta srogość trwała niemal do następnego roku, aż do wigilii św. Gertrudy, czyli do 16 marca roku 1460.

W roku 1496 mróz był również silny: po dniu Ofiarowania Pańskiego można było jechać po lodzie saniami aż do Helu.

…oraz łagodne zimy

W kronikach bardzo łagodne zimy potrafiły brzmieć jak niezwykłe anomalie. Dla ludzi średniowiecza normalnością były mrozy, które wymuszały codzienne zachowanie: wyznaczały, gdzie da się przejść, jak kursują towary i kiedy kończy się sezon żeglugi. Dlatego zima bez lodu, albo z ciągłymi deszczami zamiast śniegu, wyglądała jak odstępstwo od naturalnego rytmu, coś, co aż prosiło się o zapisanie.

Tym bardziej że skutki takich anomalii były od razu widoczne. W portowych miastach zmieniały się ceny towarów, zaś komunikacja raz stawała się łatwiejsza, raz trudniejsza: zależnie od tego, czy wody zamarzały, czy zamieniały drogi w błoto. Kronikarze lubili też skrajności, bo to one zostawały w pamięci i nadawały sens opowieści o świecie: nietypową pogodę chętnie łączono z wielkimi wydarzeniami, wojnami, głodem czy zarazą.

Curicke zanotował:

W roku 1427 zima była tak łagodna i deszczowa, że około dnia św. Mikołaja (to jest w grudniu) drzewa puściły pąki i zakwitły; potem nastąpiła gwałtowna zaraza, o czym wyżej w pewnym miejscu już wspomniano.

Chociaż często łączono anomalie pogodowe jako zapowiedzi późniejszych katastrof, zaraza w 1427 r. nie ma potwierdzenia w źródłach. Z całą pewnością epidemie wybuchały w Gdańsku w 1406 r. oraz w 1415 r.

Śnieg na majówkę?

Majówka kojarzy się z pierwszymi dłuższymi spacerami i zapachem rozgrzanej ziemi, więc gdy zamiast zieleni pojawia się śnieg, wywołuje to duże wrażenie. Taki nagły powrót zimy potrafi przydusić świeżą roślinność, opóźnić prace w polu i wywrócić do góry nogami plany podróży, handlu czy codziennego funkcjonowania. I właśnie dlatego „śnieg na majówkę” tak łatwo zostaje w pamięci: jest krótkim, spektakularnym przypomnieniem, że nawet późną wiosną pogoda umie zagrać na przekór temu, czego się po niej spodziewamy.

Przed wiekami śnieg pojawiający się w Gdańsku na początku maja również budził zdziwienie, co możemy się przekonać z lektury Curickego:

W roku 1443, dnia 1 maja, spadł w Gdańsku (i w całym kraju) bardzo wielki śnieg, który połamał drzewa i powgniatał dachy.

W tym sensie wcale nie jesteśmy tak daleko od naszych poprzedników: oni też zmagali się z zimami, które mogły paraliżować komunikację i wywrócić poczynione plany do góry nogami. Zmieniły się technologie i mentalność, ale emocje oraz codzienne kłopoty brzmią zaskakująco znajomo.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *